Mam na imię Agnieszka, mam 35 lat i przegrałam swoja walkę z trądzikiem
Wczoraj dostałam list od Agnieszki. Opisała mi swoją historię i pozwoliła podzielić się nią z Wami, co niniejszym czynię. To nie będzie radosna historia, ale jestem pewna, że wielu z Was ma do opowiedzenia podobną.
Bardzo się cieszę, że udało mi się stworzyć na tym blogu miejsce wymiany doświadczeń i zagląda tu tylu wspaniałych, mądrych i pełnych empatii czytelników. Może zatem pomożemy wspólnie Agnieszce, chociażby dobrym słowem?
Innym razem na wakacjach podeszła do mnie jakaś Pani i poleciła kolejnego rewelacyjnego lekarza (wyobraźcie sobie jak strasznie musiałam wyglądać, skoro ludzie tak się nade mną litowali). Pojechałam i myślałam że znalazłam cudotwórcę. Powiedział krótko – ROACCUTANE. Pamiętam, że na tamte czasy lek był strasznie drogi, a ja musiałam na początku leczenia brać duże dawki (później zostały zmniejszone). Zostałam poinformowana o skutkach ubocznych. Przez pierwsze dwa miesiące wyglądałam strasznie- zamiast ust spierzchnięte wióry, niemiłosiernie wysuszone uszy, krew z nosa, suchość oczu, bolące stawy i kości. Ale widziałam też plusy, zmniejszony łojotok, włosy mogłam myć raz w tygodniu i najważniejsze coraz mniej krost! Dla mnie same superlatywy, codziennie dziękowałam Bogu, za tego lekarza, za ten lek i leczenie wreszcie zakończone sukcesem. W końcu poczułam że żyję, cudowne było nie mieć już krost, chodzić bez makijażu, i uśmiechać się do ludzi na ulicy. Potrafiłam obudzić się w nocy włączyć lampkę i sprawdzić czy nadal moja cera jest bez skazy.
Wreszcie powiedziałam stop, koniec faszerowania się tym świństwem. Ratowałam się doraźnie antybiotykami takimi jak TETRARYSAL, maściami, wszystko to dawało krótkotrwałą poprawę. Podobnie peelingi u dermatologów i kosmetyczek, głębsze i płytsze złuszczenia, kwasy, lasery- wszystko było pomocne tylko na chwilę.
zdjęcia google images.
Bardzo się cieszę, że udało mi się stworzyć na tym blogu miejsce wymiany doświadczeń i zagląda tu tylu wspaniałych, mądrych i pełnych empatii czytelników. Może zatem pomożemy wspólnie Agnieszce, chociażby dobrym słowem?
Dzień dobry.
Mam na imię Agnieszka, mam trzydzieści pięć lat i przegrałam swoją walkę z trądzikiem.
Moja historia podobna do Basi (cudzoziemka w kraju kobiet ) nie jest też historią miłą. Lata upokorzeń i docinków zrobiły swoje. Podobnie jak Basia zostałam naznaczona jedną z najcięższych postaci trądziku.
Byłam dzieckiem radosnym, uśmiechniętym i pewnym siebie- do czasu. Gdzieś około czwartej klasy podstawówki zaczęły się moje problemy z cerą „Początki normalnego trądziku młodzieńczego, dojrzewamy” -brzmiała diagnoza Pani doktor. Historia ciągnie się przez całą podstawówkę, zmieniają się tylko leki, antybiotyki i maści. Poprawa chwilowa lub wcale. Oczywiście nikt wtedy nie myślał o makijażu czy przykryciu niedoskonałości- nie te czasy. Pamiętam jak bardzo czułam się wtedy gorsza. Nie będę opisywać ile upokorzeń przeszłam, ile głupich docinków i złośliwych komentarzy. Nawet teraz, kiedy to piszę, mam łzy w oczach.
W liceum, było jeszcze gorzej a scenariusz ten sam: antybiotyki i maści, pamiętam Davercin, Dalacin, a także pigułki antykoncepcyjne Diane 35. Wiesz, jak teraz to wszystko sobie przypominam, zastanawiam się jak ja to przetrzymałam, jakie jednak człowiek ma w sobie pokłady cierpienia.
W ostatniej klasie ogólniaka poleciałam z tatą do USA, do starszej siostry. Załamała się, kiedy mnie zobaczyła. W przeciągu tygodnia byłam umówiona do najlepszego specjalisty. Wizyta: za bardzo nie rozumiałam co mówi lekarz, ale wierzyłam że wreszcie nastąpi cud, dostanę super leki i pozbędę się tego świństwa na zawsze. Wyobrażałam już sobie siebie na studniówce piękną, uśmiechniętą bez krost, och te nieziszczone marzenia. Pamiętam tylko że amerykański lekarz przepisał mi jakąś maść, była bardzo wysuszająca i miałam trzy razy dziennie brać antybiotyk Doxycyclinę zdaje się i dużo dużo się opalać. Tego akurat nie trzeba było mi powtarzać, poprawa nastąpiła bardzo szybko, duża poprawa.
Brałam antybiotyk około jednego roku, siostra przysyłała mi leki w paczce co kwartał. Później ,już nie pamiętam dokładnie, ale chyba miałam problemy z żołądkiem i ciągłe grzybice, w końcu zaprzestałam brania leków. Zajęłam się innymi sprawami, zdałam maturę, dostałam się na studia, problem był i to wciąż duży, ale próbowałam się z nim pogodzić, zapomnieć- niestety nie udało mi się.
Któregoś dnia po wykładach z języka angielskiego Pani Profesor (śliczna 30-stka), poprosiła mnie o pozostanie po zajęciach. Zdenerwowałam się bardzo i zrobiłam w głowie szybki rachunek sumienia, czego ona ode mnie chce? Nie wiedziała jak zacząć, było jej niezręcznie. W końcu powiedziała, że kiedyś miała podobny problem (nie mogłam sobie tego wyobrazić, była taka śliczna) i zna dobrego lekarza, może spróbowałabym się z nim spotkać? Znów obudziła się we mnie nadzieja, pojechałam na wizytę i wróciłam z pękiem recept na tetracyklinę. Brałam trzy razy dziennie, po jednej tabletce przez pół roku. I znów to samo. Jak brałam było trochę lepiej, później wszystko wracało do normy.
Innym razem na wakacjach podeszła do mnie jakaś Pani i poleciła kolejnego rewelacyjnego lekarza (wyobraźcie sobie jak strasznie musiałam wyglądać, skoro ludzie tak się nade mną litowali). Pojechałam i myślałam że znalazłam cudotwórcę. Powiedział krótko – ROACCUTANE. Pamiętam, że na tamte czasy lek był strasznie drogi, a ja musiałam na początku leczenia brać duże dawki (później zostały zmniejszone). Zostałam poinformowana o skutkach ubocznych. Przez pierwsze dwa miesiące wyglądałam strasznie- zamiast ust spierzchnięte wióry, niemiłosiernie wysuszone uszy, krew z nosa, suchość oczu, bolące stawy i kości. Ale widziałam też plusy, zmniejszony łojotok, włosy mogłam myć raz w tygodniu i najważniejsze coraz mniej krost! Dla mnie same superlatywy, codziennie dziękowałam Bogu, za tego lekarza, za ten lek i leczenie wreszcie zakończone sukcesem. W końcu poczułam że żyję, cudowne było nie mieć już krost, chodzić bez makijażu, i uśmiechać się do ludzi na ulicy. Potrafiłam obudzić się w nocy włączyć lampkę i sprawdzić czy nadal moja cera jest bez skazy.
Moje szczęście trwało dwa lata. Potem znów lekarz i dawka przypominające ROACCUTANE- tym razem dwa miesiące. Znów super cera, ale tym razem tylko sześć miesięcy. W tym czasie poznałam swojego obecnego męża i zajęłam się ważniejszymi sprawami (choroba mojego ukochanego Taty). Po trzech kolejnych latach, w trakcie których przegraliśmy walkę z choroba Taty, pobraliśmy się z mężem i przyszła na świat nasza najukochańsza CÓRECZKA. Po narodzinach moja cera tak się pogorszyła że przeszłam kolejne załamanie i powróciłam do ROACCUTANE Jak wcześniej, moja skóra zareagowała na retinoidy wspaniale. Nic dodać nic ująć- cera idealna. Jednak znów trwało to bardzo krótko i raptem po sześciu miesiącach koszmar powrócił.
Wreszcie powiedziałam stop, koniec faszerowania się tym świństwem. Ratowałam się doraźnie antybiotykami takimi jak TETRARYSAL, maściami, wszystko to dawało krótkotrwałą poprawę. Podobnie peelingi u dermatologów i kosmetyczek, głębsze i płytsze złuszczenia, kwasy, lasery- wszystko było pomocne tylko na chwilę.
Dziś znów jestem w punkcie wyjścia i zastanawiam się czy zdecydować się po raz czwarty na doustną izotretinoię. Biję się z myślami, bowiem staram się od trzech lat o drugie dziecko, a retinoidy zamkną mi drogę do macierzyństwa, chociażby ze względu na mój wiek. Muszę podjąć jakąś decyzję. Jestem w takim stanie, że jeśli czegoś nie zrobię- dłużej nie wytrzymam.”
zdjęcia google images.

