Ostatnia aktualizacja 29.10.2017
O historii moich problemów ze skórą pisałam Wam tutaj
klik. A w skrócie- od lat zmagam się z trądzikiem i najgorszy jego wysyp miałam około 30tki. Kiedy poznałam dermokosmetyki oraz zaczęłam systematycznie złuszczać się kwasami, udało mi się opanować trądzik na twarzy a po odkryciu pudru dermablend nauczyłam się też dobrze i trwale go maskować. Natomiast pozostał problem na plecach i dekolcie-duży problem. Przez wiele lat nie miałam w szafie żadnego ciuszka z dekoltem i stałam się z konieczności wielką fanką golfów. Unikałam odkrywania ciała jak diabeł święconej wody.
No i wtedy się zakochałam...tak naprawdę, mocno, do utraty tchu. Jak wiadomo trudno jest dawać dowód miłości w ubraniu, więc początkowo smarowałam się do łóżka podkładem, ale ile można, powiedziałam dość i udałam się do doktora Kuczyńskiego: "Panie doktorze, albo ja albo pryszcze, proszę mnie oblać najmocniejszym kwasem jaki pan posiada" i dostałam tajemniczą buteleczkę płynu z ostrzeżeniem, że mam się nim smarować nie częściej niż raz w tygodniu. Ostrzeżenie oczywiście zbagatelizowałam- byłam bardzo zdesperowana i chciałam szybkiego efektu. Nałożyłam płyn pierwszego dnia i nic, drugiego- nic trzeciego i czwartego- podobnie. Dnia piątego aałłaaa! nie mogłam oprzeć pleców- były czerwone, zaognione, palące, jakby poparzone...i tak zapoznałam się z Atredermem:)